Wertepy Adventure Race

15-04-2012
Minął rok od naszego poprzedniego startu w Wertepach. Wtedy wygraliśmy, chodź nie bez walki. Teraz wygrana wydaje się dużo większym wyzwaniem. Na starcie znów stajemy czwórką POCO LOCO ADVENTURE TEAM: Kapitan napieracz - Aga, doświadczony koń pociągowy – Mikołaj, superman nowicjusz – Marcin, no i ja, navigator-kombinator.
 
Chociaż w rajdach przygodowych startuje już od 2003 roku, to po raz pierwszy staję na starcie w prestiżowym, czwórkowym składzie. Sukcesem można nazwać, że w ogóle udało nam się stworzyć zespół, co więcej całkiem mocny zespół. Jednak od początku wisiał nad nami wielki znak zapytania: Na co ich stać?
Dostaliśmy nr 4 jak cztery żywioły, cztery pory roku, czterej pancerni, czterej power rangers. Czterej jeźdzcy apokalipsy!;) Poco Loco Adventure Team. Czas Start!
 
Godzina 24:00 ruszamy z kopyta (na rowerze). Mapy dostaliśmy kilka minut wcześniej i od razu widać, że Remik - konstruktor trasy, stanął na wysokości zadania. Prawie każdy punkt można zaliczyć innym wariantem. Tym razem bardziej od pancernej łydki będzie się liczyć dobra nawigacja (choć pancerna łyda na pewno nie zaszkodzi). Na pierwszym punkcie lądujemy razem z liderami i kilkoma innymi teamami. Liderzy to były zespół Code 34, który rok temu zajął 8 miejsce w Mistrzostwach Świata. Udaje nam się trzymać razem do trzeciego punktu. Niestety nasz początkujący team nie jest w stanie nawiązać z nimi walki i wkrótce nikną z pola widzenia.
Po konkretnej wtopie na etapie rowerowym lądujemy na przepaku na trzeciej pozycji ramie w ramię w zespołem Inov-8. Dalsza część zawodów przebiega pod znakiem wzajemnego doganiania się. Etap pieszy kończymy o świcie już na drugiej pozycji robiąc nieco przewagę nad kolejnymi „inowejtami”. Trochę jesteśmy zaskoczeni, bo nie mamy jakiegoś mocnego tempa, nawigacja pozostawia wiele do życzenia, a drugi team składa się, co by nie było, z prawie samych nawigantów do tego ze stalową łydką, na czele z Irkiem Walugą. Jakoś udaje nam się jednak im ucieć.
 
Na kolejnym rowerze nie ma zaskoczenia. Znowu zostaje ze mnie dętka, a reszta teamu rekreacyjnie sobie jedzie czekając na mnie od czasu do czasu. Mimo tego, sprytnym wariantem dochodzimy na zadanie specjalnie – desant rowerowo-pontonowy, przed Inov-8.
 
Kajaki miały być naszą mocną stroną. Mikołaj jest w końcu trenerem wioślarstwa, więc ramiona ma większe niż cały kajak. Marcin z kolei też mały nie jest, więc wspólnie udaje nam się płynąc całkiem szybko, a co najważniejsze prosto. Do tego błyskotliwy pomysł na „przenoskę” przez cypel dał nam dodatkowe 5 minut przewagi. W ten sposób na ostatni, rolkowy etap, wyjeżdżamy psychicznie nastawieni na zwycięstwo (właściwie drugie miejsce, bo pierwszego zespołu już nie dogonimy). Dzięki super-szybkim rolkom pożyczonym od Kuby Wolskiego (w tym miejscu dziękuję) rozwijam mega prędkości bez specjalnego problemu. Nie idzie nam specjalnie jazda „w tunelu” , ale całkiem chyżo pomykamy do przodu. Co najważniejsze, nikogo za nami nie widać! Do czasu... Chyba straciliśmy czujność, bo na powrocie z jednego punktu spotykamy naszych odwiecznych rywali - Inov-8. Zestresowaliśmy się, nie powiem. Stajemy jednak na wysokości zadania i wrzucając ostatni posiadamy bieg mkniemy w kierunku mety po drodze zaliczając wywrotkę i gubiąc się w mieście kilkaset metrów przed metą.. To byłby tragiczny scenariusz, ale szczęśliwie nasi rywale też się gubią i docieramy na metę na drugim miejscu!
Jestem szczęśliwy, bo to jeden z moich najlepszych wyników w rajdach przygodowych, do tego w zupełnie nowym , czeteroosobowym Poco Loco Adventure Team. Jeszcze będzie o nas głośno!;)