W pogoni za Śnieżną Panterą

02-07-2011

 

Śnieżna Pantera dla przeciętnego turysty kojarzy się jedynie z drapieżnikiem z rodziny kotowatych, żyjącym gdzieś wysoko w górach. Dla alpinisty „śnieżna pantera” to trofeum przyznawane za zdobycie pięciu siedmiotysięczników byłego ZSRR. Bardzo prestiżowa nagroda, którą pochwalić się mogą jedynie doświadczeni wspinacze. Skolekcjonowanie tych pięciu szczytów zajmuje z reguły kilka sezonów, lat. W zdobywaniu „śnieżnej pantery” ustanawiane są jednak co raz to nowe rekordy. Kto wejdzie więcej razy na wszystkie 5 szczytów (rekordzista zrobił to 8 razy!). Kto jest najstarszym kolekcjonerem, kto najmłodszym? Kto zdobył je w zimie, kto wszedł na nie nową drogą? Czy wreszcie kto zdobył je wszystkie najszybciej? W 1999 roku wybitny kazachski alpinista Denis Urubko wraz z Siergiejem Molotovem zdobył „Śnieżną Panterę” w ciągu 42 dni.

Postanowiłem zmierzyć się z tym rekordem. Projekt mojej wyprawy otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Zawady na Festiwalu Kolosy w marcu 2011 roku przyznawaną młodym alpinistom na przyszłe przedsięwzięcia. Dzięki takiemu wsparciu finansowemu mogłem zrealizować moje dosyć ambitne marzenie. Nie byłem wówczas przekonany czy moje, mimo wszystko, nie małe górskie doświadczenie jest wystarczające do realizacji tak trudnego przedsięwzięcia. Do tego czasu na organizację całej wyprawy miałem naprawdę mało. Miałem 3 miesiące aby pogodzić pracę, treningi, szkolenia z dotacji unijnych ( w tym samym czasie planowałem otworzyć własną działalność gospodarczą) szukanie sponsorów, organizację całej logistyki, skompletowanie zespołu i sprzętu. 2 go lipca wyjechałem z Polski w atmosferze totalnego chaosu, stresu i dezorganizacji. Nie udało mi się znaleźć nikogo do wzięcia udziału w całej wyprawie. Na pierwszy etap wyprawy, Pik Lenina, towarzyszyć mi miała jedynie moje partnerka Agnieszka Korpal. Cała reszta wyprawy stała pod wielkim znakiem zapytania. Przyjąłem taktykę „Co będzie, to będzie”

Pik Lenina uważany jest mylnie za jeden z najłatwiejszych szczytów siedmiotysięcznych. To sprawia, że jest bardzo popularny i atakują go rzesze, często niedoświadczonych alpinistów. Z tego powodu wypadki nie są tu rzadkością, a procent wejść szczytowych w stosunku do atakujących go alpinistów wynosi jedynie 10%! Szczyt nie jest trudny technicznie, ale narażony na lawiny, a drogę normalną w jej dolej części przecinają liczne szczeliny. Sam atak szczytowy wiedzie długą na kilka kilometrów i wyczerpującą granią. Akcja górska na Piku Lenina zajęła nam 19 dni. Dzięki tak długiemu okresowi przebywania na wysokości mój organizm mógł dostatecznie się zaaklimatyzować. To pozwoliło mi potem na szybsze wejścia w stylu alpejskim na kolejne szczyty.

W każdym z poszczególnych obozów spędziliśmy przynajmniej 3 noce, łącznie z najwyższym obozem 3 na 6100m. Pierwszy atak szczytowy podjęliśmy 20 lipca. Z powodu niskiej temperatury i bardzo silnego wiatru dosyć szybko podjęliśmy decyzję o odwrocie. Agnieszka rezygnuje z kolejnej próby ataku. Ja podejmuję kolejną próbę następnego dnia, mimo nadal silnego wiatru. Po 5h 35 minutach melduję się pierwszy tego dnia na szczycie. W zejściu spotykam polski zespół z grupy komercyjnej, który również osiąga szczyt, ale cały atak szczytowy zajmuje im ciężkie 21 godzin! Następnego dnia schodzimy już do obozu 1, a następnie do basecampu i opuszczamy Pamir kirgiski.

Z powodu sytuacji politycznej nie mogłem przekroczyć granicy z Tadżykistanem, aby dotrzeć do oddalonej o zaledwie 80km bazy pod Pikiem Korżeniewskiej i Pikiem Komunizma. Musiałem wrócić samochodem do Osh, następnie lecieć do Biszkeku skąd lotem międzynarodowym dostać się do Duszanbe i stamtąd samochodem do bazy helikopterowej w Jirigital. Ponad 2,5 tysiąc kilometrów naokoło! Agnieszka wróciła do Polski, a ja już samotnie ruszyłem w Pamir tadżycki.

Już następnego dnia po wylądowaniu helikopterem w bazie głównej ruszyłem w stronę Piku Korżeniewskiej. Ponieważ był to początek sezonu w wielu miejscach nie zostały jeszcze założone poręczówki i nadal leżało sporo śniegu. Dodatkowo codzienne opady zasypywały nieliczne jeszcze ślady. Na atak szczytowy ruszyłem samotnie z obozu trzeciego który osiągnąłem drugiego dnia wspinaczki po kilkugodzinnym torowaniu szlaku. Udało mi się dogonić rosyjski zespół rosyjski by po 6h i 27 minutach zameldować się na szczycie Piku Korżeniewskiej jako czwarta osoba w tym sezonie. Z trzema osobami, które weszły przede mną będę potem zdobywał Pik Komunizma.

W zejściu natrafiłem na rozmoknięty śnieg i wielokrotnie obsuwałem się z małymi lawinkami awaryjnie hamując czekanem. Cała akcja na Piku Korżeniwskiej zajęła mi 3,5 dnia.

 

Na Pik Komunizma wybrałem się, tak jak wspomniałem z tegorocznymi zdobywcami Piku Korżeniwskiej. Denis z Kazachstanu (z którym stworzyliśmy dwójkę) oraz Serge z francji i Siergiej z Kirgistanu (druga dwójka). Poszliśmy drogą normalną przez żebro Borodkina oraz Pik Duszanbe. Wyszliśmy z bazy z zamiarem 6-ścio dniowego ataku. Całą trasę bylśmy zmuszeni torować, a wynajdywanie drogi pomiędzy serakami nie zawsze jest ewidentne. Drugi dzień to dojście do Wielkiego Pamirskiego Plato, przejście szczeliny brzeżnej i założenie obozu przed wejściem na grań Piku Duszanbe. Trzeciego dnia doszliśmy dosyć szybko mimo torowania w głębokim śniegu do wysokości ok 6800m i wykopalismy platformę na dwa namioty. Następnego dnia (8 siepnień) atakujemy szczyt. Warunki znacznie się pogorszyły. Bardzo silny wiatr, słaba widoczność która w dalszej części dnia spadła do kilku metrów i niska temperatura. Dodatkowo duża pokrywa śnieżna zmusiła nas do trzymania się granicy skał w kopule szczytowej co znacznie przedłużyło i utrudniło wspinaczkę. Szliśmy nie związani liną. Szczyt osiągnąłem po 6h i 54min jako drugi po Denisie, który toruje właściwie 70% całej drogi. Zejście sprawiło nam wiele trudności. Ciągły opad śniegu, wiatr i mgła bardzo spowalniały tempo. Na przełęczy z powodu braku widoczności straciliśmy orientację. Serge wpadł do małej szczeliny, ale szczęśliwie nic się nie stało. Przy zachodzącym słońcu dotarliśmy do namiotów. Następnego dnia długa droga na sam dół do basecampu. Na stromym zejściu Serge wyjechał ze śniegiem i po kilkudziesięcio metrowym, niekontrolowanym zjeździe zatrzymał się cudem na granicy seraka. Do basecampu doszliśmy już bez kłopotów popołudniu 9 go lipca. Akcja od bazy do bazy trwała 5 dni

Po kilku lotach samolotowych i helikopterowych dotarłem wreszcie w Tien Shan, jako ostatni alpinista w sezonie. Od razu po wylądowaniu przepakowałem się i ruszyłem na Chan Tengri celem szybkiego 1-2 dniowego wejścia. Okazało się, że nikt już nie zdobywa szczytu w tym sezonie i na całej górze jestem praktycznie sam, spotykając tylko kilka osób atakujących szczyt o strony kazachstańskiej. Pierwszego dnia w nocy przechodzę niebezpieczny kuluar, którym prowadzi droga normalna i po niecałych 5icu godzinach docieram do jamy śnieżnej w obozie 3. Nie wziąłem namiotu a sprzęt ograniczyłem do niezbędnego minimum. Dzięki temu mogłem poruszać się szybciej. Drugiego dnia zdobywam szczyt w całkiem dobrej pogodzie. Niestety przy zejściu zaczął padać śnieg, nadciągnęła mgła. W bardzo trudnych warunkach docieram do pozostawionego przez przewodników namiotu w obozie drugim. Kolejnego dnia wieczorem przechodzę niebezpieczny kuluar i już mocno roztopiony lodowiec docierając do basecampu. Wejście na Chan Tegnri było wyjątkowo wyczerpujące psychicznie. Byłem prawie zupełnie sam na całej górze, poręczówki wiszące na trudniej technicznie grani były w rzeczywistości kawałkami postrzępionych lin, a mosty śnieżne na lodowcu trzymały się już na „słowo honoru”. Zmęczenie całą wyprawą dawało mi się już mocno we znaki.

Mimo ogromnej motywacji i zapasu siły nie zdecydowałem się na samotny atak Piku Pobiedy. Lodowiec Zwiedoczka był w bardzo złym stanie z powodu wyjątkowo ciepłego sezonu i stosunkowo dobrej pogody. Do tego świeży opad śniegu powyżej 5000m oraz brak innych ludzi na górze ani nikogo chętnego żeby ze mną wyruszyć w stronę szczytu. Te czynniki wpłynęły na moją decyzję. Mimo tego, że w przeszłości atakowano Pobiedę samotnie (również robili to Polacy, M.Kaczkan i M.Hening) to wydaję mi się, że wyjście w takich warunkach byłoby po prostu misją samobójczą. Baze opuszczam 22go sierpnia z zamiarem powrotu za rok i dokończenia projektu.

Cztery szczyty zdobyłem w ciągu 28 dni, licząc od szczytu do szczytu. Nie udało mi się pobić rekordu, ale wydaje mi się, że moja próba udowodniła, że rekord jest do pobicia i każdy zmotywowany i doświadczony zespół może się z nim zmierzyć.