Rajd Przygodowy Wertepy Trail 2011

05-09-2011
Dopiero co wróciłem z dwumiesięcznej wyprawy. Kilka kilogramów chudszy i bez nadmiaru energii postanowiłem wystartować w rajdzie przygodowym Wertepy Trail.pl. Właściwie grzech byłby nie wystartować, bo zawody są raptem pod Poznaniem. W dodatku rajdów w tym roku jak na lekarstwo, więc tak naprawdę nie było wyjścia i musiałem zdjąć pajęczyny z roweru. Trasy są w gruncie rzeczy dwie i trzy kategorie. Startujemy wiadomo w dłuższej, ale w dwójkowym zespole razem z Aga. Nie ma za bardzo czasu na szybkie stworzenie czteroosobowego zespołu, ale zgodnie stwierdzamy, że przecież możemy się i tak z czwórkami ściągać skoro trasa ta sama.  Jakoś przy tym stwierdzeniu nie przyszło mi do głowy, że przecież mój rower stoi nie ruszany od 3,5 miesiąca na balkonie (bynajmniej na innym nie jeździłem), nie biegałem od dwóch (chociaż faktycznie chodziłem po górach) a na rolkach byłem tylko na rajdzie On-Sight i przejechałem się 2 razy dookoła Malty (na Wertepach  Remik zaplanował 50km etap rolkowy). Jednym słowem do zawodów jestem gorzej niż nieprzygotowany.  Pozostaje mi wystartować z nastawieniem „co będzie to będzie”
 
W piątek, czyli dzień zawodów, serwisujemy rowery. Mój  doprowadzam po prostu do stanu używalności. Robimy jakieś szybkie zakupy i wieczorem w bazie. Dętki i kompas pożyczamy, bo nie da się przecież o wszystkim pamiętać. Baza harcerska w Imiołkach nad jeziorem Lednickim jest bardzo klimatyczna. Do naszej dyspozycji są domki zuchów (i ich malutkie krzesełka), na środku placu pali się ognisko, a Remik Nowak chodzi i opowiada jaką wspaniałą trasę dla nas przygotował. Prosta nawigacja, zero piachu, rower to na pewno wyjdzie 30km/h średnia, całość można przejść bez zamoczenia nawet podeszwy buta. Tu należy wspomnieć, że na poprzednich Wertepach niektórym udawało się nie zamoczyć głowy. Ogólnie opis brzmiał co najmniej podejrzanie. O 23 dostajemy mapy, start równiutko o 24 (trasa Open startowała następnego dnia). Z mapy wynika, że jadąc na rolkach (bo można też biec) wyjdzie 170km. Według Remika, przewidywany czas zwycięskiego zespołu to 13-14h. Trochę się nie możemy zorganizować i na starcie stajemy zaraz przed 24. Ponieważ najczęściej zdarza mi się popełniać błędy w nawigacji na początku postanawiamy bacznie obserwować posunięcia faworytów, czyli połączonych sił teamu 360 i Code 34. Jak na faworytów przystało już na pierwszy punkt obierają zły wariant tracąc kilka minut. My jak te barany pojechaliśmy za nimi po kilku kilometrowej piaszczystej drodze, którą można było objechać asfaltem. Różnica jest taka, że oni przycisną na rowerze  i odrobią stratę, a ja wylewam z siebie siódme poty próbując utrzymać tempo Agi, a i tak zajeżdżamy na punkt już 15 minut w plecy. Potem jest już tylko gorzej. 30 kilometrów na rowerze w dobrym tempie to jest na dzień dzisiejszy mój maks. Potem chociaż pedałuje jak dziki osioł i zagryzam zęby to i tak oglądam Age która bez trzymanki  jedzie daleko z przodu i spogląda na zegarek.  Żenada po prostu. Po drodze jeden z punktów znajduje się na skarpie przy rzece-bagnisku. W okolicy biega już kilkanaście zespołów próbując go zlokalizować w środku nocy. Ktoś tam krzyknął, że jest więc cała wataha ruszyła i go podbiła. Ja w tym czasie byłem po drugiej stronie rzeki i nie świadomie poszedłem „na skróty” które okazały się trzcinami wysokimi na 3 metry i bagno po kolana. Jednak zamoczyłem trochę więcej niż podeszwy. Kolejne minuty do tyłu. Już dawno zacząłem czuć tyłek, który w tym momencie boli mnie tak bardzo, że nie mogę się skupić na nawigacji. Do tego odcinek po torach kolejowych wcale nie pomaga. Staram się stawać jak najwięcej na pedałach co kończy się glebą na tory i obitymi goleniami. Pierwszy przepak, raptem 60km od startu a my jesteśmy na 6 pozycji w kategorii profi ze stratą kilkunastu minut do następnego zespołu (sic!) i oczywiście wszyscy mastersi przed nami. No, ale na szczęście teraz biegniemy. Ciśniemy mocnym tempem i 8km BnO robimy wzorowo oprócz ostatniego punktu na którym kilka minut kręcimy się w kółko. Na kolejny rower ruszamy na 4 pozycji razem z zespołem Navigatoria z trasy masters. Niby tylko 30km roweru, ale jestem na limicie. Tyłek, teraz to już musze napisać, DUPA to mnie tak boli, że koszmar. Nawet na chwile nie mogę utrzymać się „na kole” Agi. Jest już jasno więc chociaż na nawigacji nie muszę się tak skupiać. Jakoś dociągam do przepaku, ale wzięła nas jedna dwójka i mastersi odjechali. Spotkaliśmy tylko ostro wkurzonego Michała Jędroszkowiaka z teamu Inov-8, który gdzieś zapodział resztę zespołu. Szybka bułka z kurczakiem, banan, batony, izotonik, zakładamy rolki i jakimś cudem na trzeciej pozycji ruszamy na trasę. Aga oczywiście z przodu robi „tunel”. Po kilku kilometrach spotykamy jadący w przeciwną stronę zespół Lurbel  i nie daleko za nimi pierwszy team z kategorii Profi zespół Mod-x. Wygląda, że ostro napierają na rolkach. W głowie liczę sobie, że mają przynajmniej 40min przewagi, czyli nie ma szans żeby ich dogonić. W drodze do pierwszego punktu rolkowego mijamy drugi team. Tutaj włącza nam się światełko i zgodnie stwierdzamy „łykamy ich!”. Aga zanim łyknęła to zalicza glebę i z siniakami ciśniemy dalej.
 
Etap rolkowy jest super! Asfalt w większości jak masełko, kilka odcinków można skrócić biegiem i do tego dwa zadania specjalne. Na zjeździe na moście doganiamy drugi team z Profi i Nawigatorie z Masters. Z nową energią ruszamy dalej. Drugie zadanie specjalne to przeprawa przez jezioro. Jedna osoba na pontonie druga wpław. Tutaj też nie ma zaskoczenia i Aga płynie sobie kraulem, a ja próbuję dogonić ją na pontonie.  Mimochodem pytam jak daleko przed nami są liderzy Profi. Okazuje się, że dopiero co skończyli zadanie! Patrzymy na siebie i znowu dochodzimy do tego samego wniosku… „łykamy ich”. Bierzemy rolki pod pachę i biegniemy. Po 2-3km dobiegamy do asfaltu i zastajemy chyba zaskoczony zespół mod-X. Obieramy taktykę „udajemy, że wcale nie jesteśmy zmęczeni” i mijamy ich po kilu kilometrach jazdy. Najwyraźniej taktyka zadziałała, bo cały czas się oddalamy. Na przedostatnim punkcie rolkowym widzimy zespół Lurbel. Tym razem z „łyknięciem” może być problem, bo mają jakieś 15 minut przewagi, ale i tak Aga włącza piąty bieg. Ja, że posiadam tylko 4 przełożenia to zostaje znowu w tyle;) Dojeżdżamy do bazy, zostały nam dwa krótkie etapy: kajak i BnO.  Team 360 code34 już dawno na mecie, a my gonimy trzeci zespół masters. Pierwszy raz płyniemy na kajaku razem, ale jakoś nam idzie. Nie możemy znaleźć pierwszego punktu w trzcinie więc płyniemy na kolejny i wracamy potem. Trochę to źle rozegraliśmy także już nikogo nie dogonimy, ale walczyć trzeba do końca.
 
Bieg na orientację przebiegamy bez błędów i po 15h i ??? minutach jako POCO LOCO ADVENTURE TEAM wbiegamy a metę jako pierwszy zespół w kategorii Profi. Dla mnie było to bardzo ciężko wywalczone zwycięstwo, zresztą pierwsze w mojej karierze w rajdach przygodowych. Dla Agi było to raczej popołudniowa wycieczka...
 
Zawody zorganizowane super i etap rolkowy na pewno wyznaczył nowe standardy na rajdach. Dzięki ogromne dla orgów i wolontariuszy. Remik bezbłędnie przewidział czas pierwszego zespołu masters i pewnie gdyby nie błędy w nawigacji to może nawet sprawdził by się opis jego trasyJ
Podsumowując nasz występ to cieszę się, że walczyliśmy do końca, ale niezły obciach, że przyjąłem rolę dziewczyny w zespole.  Czasem trzeba robić coś wbrew naturze, żeby osiągnąć sukces;)