Próba bicia rekordu trasy GR20 na Korsyce.

11-11-2014

Diabelski plan.

W październiku 2013 roku wymyśliłam, że pobiję rekord pokonania trasy GR 20 na Korsyce. 180 kilometrów po górach, 15-17 tys. metrów podejść, w niecałe dwie doby. Dotychczasowy rekord kobiecy to 42 godziny. Nawet nie wiem jak to się stało, że padło akurat na to miejsce. Miało być trudne, to jest, ponoć najtrudniejszy szlak pieszy w Europie, który normalnie robi się w.. 14 dni. Wyzwanie o tyle abstrakcyjne, że jeszcze dzień przed wyjazdem zastanawiam się co ja właściwie robię. Ale nie mogę tak po prostu zapomnieć o motywacji, która od prawie roku była ze mną na każdym treningu i na każdych zawodach, która wyciągała mnie z łóżka i kopała po tyłku.

Jestem potwornie zmęczona, całym sezonem, treningami, startami, pracą, organizacją Forest Run. Czuje, że nie mam dostatecznej wewnętrznej siły, krzepy, żeby porywać się na to wyzwanie. Ale nie mogę odpuścić. Nie byłabym sobą gdybym pozwoliła ulotnić się tej  motywacji i planom. Tak po prostu, zwyczajnie się poddać. Poza tym strasznie chce tam jechać. Najtrudniejszy szlak pieszy w Europie? Jak można coś takiego „wycenić”? Na Korsyce? Wyspie, która jest wielkości dwóch polskich województw? Taki szlak, tyle przewyższeń? Przemęczenie sezonem przysłania chęć odkrycia nieznanego i zmierzenia się z kolejnym wyzwaniem. Logistyką, głodem, bólem, radością, wolnością i strachem. Aż ściska żołądek. Mam wrażenie, że widać iskierki, które zapalają się w moich oczach, kiedy o tym myślę.
Jedziemy w 15 osób. Znaleźliśmy tanie bilety i spontanicznie grupa powiększyła się do ilości zorganizowanej, turystycznej wycieczki. Przy takiej ilości ludzi planowanie i logistyka jest utrudniona, każdy przecież chce robić co innego, a pewnie niekoniecznie czekać gdzieś na pustkowiu pół dnia z kawałkiem banana. GR 20 i mój rekord schodzi trochę na dalszy plan, ale nadal wierze, że kilka osób będzie chciało mi pomóc. Przed wyjazdem dostaję małego motywacyjnego kopa, Munio – Mateusz Błaszyk postanawia towarzyszyć mi tak długo jak będzie w stanie.  To mocny zawodnik, wiem że przynajmniej kilkanaście godzin będzie ze mną. W połowie dystansu miał do mnie nas dołączyć Rasz – Rafał Szewczyk, ale w ostatniej chwili musiał odwołać wylot.
Po dwóch dniach restu, spania na plaży i kąpania w morzu jedziemy stopem do Calenzany – miejsca gdzie zaczyna się szlak. Zabieramy ze sobą tylko to co będziemy mieć na trasie, plecaczek, gacie, skarpety, czołówkę, GPSa, kurtkę, dokupujemy jedzenie. Resztę rzeczy, które musieliśmy zabrać ale się nie przydadzą zostawiamy w hotelu, niech z nimi dzieje co chce.
Ruszamy piętnaście minut po północy. Czyli jednak to się dzieje. Jestem tu i teraz na Korsyce i właśnie mija pierwsza godzina mojej walki z tą trasą. Tyle było myśli, planowania, wyobrażeń. A teraz idę pod górę żwawym krokiem i zastanawiam się co będzie dalej. Co jakiś czas musimy się wspinać, podpierać, przeskakiwać kamienie. Nocą wszystko wygląda podobnie, dziwnie obco. Wyłania się przed nami wielka kamienista góra - na kilometr w prawo, kilometr w lewo i pewnie kilkaset metrów do góry. Jedno wielkie piargowisko. Cisza jak makiem zasiał. Znowu gubimy szlak, poruszamy się za szybko i światło czołówki nie nadąża za oświetlaniem wszystkich kamieni i znaczników. Tym razem odnalezienie go zajmuje nam sporo czasu. Nie ma jednej wyraźnej ścieżki, wszystkie te wielkie kamienie wyglądają tak samo, tych na których jest jakiś biało-czerwony mazgaj nie możemy znaleźć.
- Aga chodźmy na szagę!
- Zwariowałeś! Przecież to piargowisko nas wessa jak mrówki. Zabłądzimy na amen. Ten szlak może być wszędzie. nie mam mowy.
Wracamy w dół do pierwszego miejsca gdzie udało się zobaczyć  znacznik, a szlak leci na zupełnie inną przełęcz niż nam się wydawało. Idzie nam nieźle, na razie wszystko zgodnie z planem. Niestety czym dalej w las tym gorzej z trzymaniem się rozpiski czasowej, teren zmienia się już na bardzo trudny. Tylko chyba właśnie teraz nie chodzi o trzymanie się planu. A o czerpanie z tych momentów jak najwięcej radości. Bez zegarka, rygoru, pomiaru tętna i innych rozpraszaczy. Nie ma nikogo, tylko nasza dwójka przemierzająca cicho szlak. Munio oddalił się na kilkadziesiąt metrów i mam wrażenie, że mam te góry teraz tylko dla siebie. Trasa jest trudna, liczy się każdy krok, ale chyba jeszcze bardziej to poczucie wolności, swobody, wiatru we włosach. Przychodzi moment, na który zawsze czekam, a który zazwyczaj zjawia się zupełnie niespodziewanie. Taka krótka myśl, że jestem we właściwym miejscu o właściwej porze. To najcenniejsze co mogę od tych gór dostać.
Czasem przechodzimy do wspinania, podpierania się na skałach, schodzenia tyłem, podchodzenia na łańcuchach. Cieszę się, że Mateusz jest ze mną i razem możemy pokonywać te trudności. Nasze krótkie bardzo konstruktywne rozmowy, sprowadzają się zazwyczaj do jednego zdania „ale tu pięknie” Mijamy kolejne przełęcze, widoki są niesamowite, góry wyjątkowe. Jak to możliwe że ze środka morza wyrosło coś takiego? Po horyzont woda, a my właśnie podchodzimy na 2300 metrów.. To taki moment, który łapiesz i na zawsze jest twój.
Czas leci jak wściekły a my poruszamy się zupełnie niebiegowym tempem. Jestem już potwornie głodna, jest strasznie gorąco. Na szczęście zbiegamy to doliny, w której dzień wcześniej nasza ekipa zostawiła mały depozyt z jedzeniem i wodą.
- Jak zbiegniecie do drogi będzie taka drewniana tablica z napisem, za tą tablicą po prawej będzie wielki głaz, a za tym głazem trzy drzewa. Na tym trzecim drzewie będzie wisiała karta z narysowaną dużą literą A, o! i to właśnie tam zostawiliśmy Wam żarcie!
Bomba! Patrząc na ilość głazów, którą minęliśmy przez ostatnie 25 kilometrów zaczynam mieć szczere wątpliwości w powodzenie tej akcji. Na szczęście wybrali dobre miejsce, a opis był idealny!
Bułka z serkiem topionym i kabanosy smakują jak obiad za milion dolców.
Gramolimy się na kolejną przełęcz, zbiegamy z następnej i dokładnie tak samo jeszcze 3 razy. Wchodzimy na wysokości ok 2200-2400 zbiegamy do doliny na wysokość 700-800 metrów i po chwili dygamy znowu na tą samą wysokość kolejne 2-3 godziny. Do schroniska Ciottulu di i Mori na 2 tys. metrów podchodzę tak wkurwiona, że już na niczym mi nie zależy. Mam ochotę zwymiotować jedyny kęs batonika, który byłam w stanie wciągnąć przez ostatnią godzinę, a na myśl o kolejnym zrzucam łaciną sama do siebie. W końcu chwile przed zmrokiem docieramy do drogi, gdzie czekają na nas Margo, Ata i Gajor. Wkurzeni, że od rana nie odbieramy telefonu, zdążyli już zamartwić się na śmierć, mieliśmy przecież odzywać się co jakiś czas, a od 20 godzin nie ma z nami kontaktu. Munio rezygnuje. Jego kolana nie wytrzymują takich obciążeń. Ja czuję się zaskakująco dobrze, dziewczyny zastanawiają się dlaczego oboje wyglądamy w miarę rześko. Zapada zmrok. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie pobiegnę dalej.

-Jak to?
-Oszalałaś?
-Przecież dobrze Ci idzie, nie jesteś zmęczona. Może nie pobijesz rekordu ale i tak masz szanse zrobić coś o czym marzyłaś.
-Nie idę i koniec.
Nie muszę nikomu nic udowadniać. Sobie też nie. Nie chcę już tego robić.
Gówno prawda. Po prostu się boję. Tych piekielnych, złowrogich, strzelistych gór, które nocą wyglądają jak bramy piekła. Są czarne i szorstkie, gapią się, milczą, zasłaniają gwiazdy. Wcale mnie nie chcą i robią wszystko żeby mnie stamtąd pogonić.. Czuję się jak nic nieznaczące ziarenko piasku. Wszystkich innych ludzi też już przegoniły. Musiałabym tam iść  w środku nocy, sama jak palec, wspinać się po skałach i szukać drogi pośród tysięcy kamieni.
- Jak pójdę tam sama na 12 godzin w ciemności to już nigdy nie będę tą samą Agą. Będę innym człowiekiem.  Anka gdybyś wiedziała na co mnie namawiasz, nie pozwoliłabyś mi spędzić tam nawet pół godziny.
-Nie wiem. Ale nie wiem tez jak to jest być Agą i wymyślać takie rzeczy do licha!  Skoro tu przyjechałaś to znaczy, że Cię na to stać.
- Tu jest hotel, prześpij się kilka godzin przeczekasz najstraszniejszą noc i polecisz dalej.
- Agata jesteś moim wybawcą! Nigdy bym na to nie wpadła.. (boże co za pomroczność)

W pośpiechu zabieram żarcie z auta, wszystko co tylko nadaje się do jedzenia. Margo płaci za mój nocleg, Agata załatwia ręcznik. Najtańszy nocleg jest w jakiejś dobudówce za hotelem, w której stoi kilka prycz, nie ma podłogi ani zamka (ale chyba mnie nikt nie ukradnie), są za to koce i ciepła woda. Nic więcej mi nie potrzeba. Jest chwilę po 21, nastawiam budzik na 3.40, do 7.10 czyli momentu w którym robi się jasno zostaje tylko 3 i pół godziny, tyle to już wytrzymam. Akurat żeby wejść na kolejną górę. Jest środek nocy, śladów życia – brak, wychodzę na drogę, zapalam czołówkę i po chwili wbiegam do lasu. Zaczynam myśleć, że może jednak faktycznie nie wszystko ze mną w porządku. 99,8 % kobiet się tak przecież nie zachowuje.. Aaa nie chce mi się teraz o tym myśleć, od 12 lat nie zachowuje się normalnie więc czemu nagle miałoby mi to przeszkadzać?
Znowu gubię ten cholerny szlak, mam wrażenie że musze oświetlać dosłownie każdy kamień, żeby nie zabłądzić i jeszcze trzymać tempo. Tracę koncentrację, zamyśliłam się, nie ma znaczników. Damn it! Pakuje się w jakieś ruchome kamienie, po lewej… urwisko.. Staję, nogi mi się trzęsą.. ok.. powoli się obróć.. zrób trzy pewne kroki… dalej będzie bezpiecznie. Już wcześniej gadałam sama do siebie, teraz się jakby nasiliło ;)
Jestem co raz bliżej przełęczy, wychodzę na wielką wysokogórską łąkę. Wieje jak w kieleckim, musi tu wiać zawsze tak samo mocno, bo korony drzew przekrzywione są idealnie w jednym kierunku. Czołówką oświetlam przestrzeń, kilkadziesiąt par ślepi wbija we mnie wzrok. O cholera. Jakieś dzikie, czy bóg wie skąd się tu wzięły krowy. Pytanie tylko czy jestem intruzem, czy raczej aż takim dziwadłem że nie zwrócą na mnie uwagi? Nie mogę ich nawet ominąć, szlak przebiega dokładnie przez środek tej ferajny. Nie mam specjalnie wyjścia i udaję, że dla mnie to też - zupełnie ale to zupełnie normalna sytuacja i przechodzę metr, pół metra od krów, byków, cielaków, krowich kup i ogonów. Luz jak u niemowlaka w kołysce, a w środku serce zaraz wyskoczy mi z klatki.
Dochodzę do przełęczy, wieje okrutnie i co..  mina mi rzednie.. Szlak leci w kierunku ostrej grani. Czy to się kiedyś skończy? Chyba mam dosyć. Dzień już prawie wstaje ale jeszcze jest mocny półmrok, nie pójdę tam w takich warunkach za chiny ludowe. Poczekam  aż się rozjaśni i będę dobrze widzieć teren. Akurat jest taki ładny wielki głaz, osłoni mnie trochę od wiatru. Wyciągam puchówkę, okrywam nogi, nastawiam budzik na za 15 minut i układam głowę na kamieniu. Ot, taka krótka poranna drzemka, przecież znowu to całkowicie normalne.. W końcu robi się zupełnie jasno, mogę ruszyć dobrym tempem, trochę się przy okazji rozgrzeję. Po kilkudziesięciu metrach szlak nie idzie na ostrą grań, tylko trawersuje w dół. O ja głupia! Po co tam spałam! Przecież to łatwy szlak! Tylko skąd miałam wiedzieć? Wydawało mi się że znaczniki lecą cały czas do góry, a nie tylko przez krótki fragment..
Kolejnych 11 godzin spędzam sama na szlaku, popołudniu pogada się psuje, zaczyna bardzo mocno wiać, widoczność spada do  10 metrów, widać tylko kilka skał przede mną. Nie biegnę już od dawna, staram się tylko poruszać najszybciej jak się da. Zastanawiam się kto do diaska wytyczał ten szlak i jak radzą sobie na nim ludzie z dużymi plecakami i lekką nadwagą.. Pokonuje kolejne przełęcze, z których wyłaniają się następne i następne. Schroniska są pozamykane, albo kompletnie puste, kończy mi się jedzenie i woda. Na szczęście w jednym jest jakiś zewnętrzny wodopój. Spotykam dwie osoby, jednak nie jestem na księżycu. Łapię na chwilę zasięg i kontaktuję się z Ewą, ma na mnie czekać w Vizzavonie albo wyjść na szlak. Niestety w miejscu w którym się umówiłyśmy będę 4 godziny później, Ewa zbiegła już z powrotem. Zrezygnowana i potwornie głodna patrzę na schronisko du Onda, w którym miałam nadzieję spotkać Ewę. Zamiast Ewy widzę Lalę, z ekipy która przyjechała z nami i poszła od razu w góry! O boże co za radość!! Akurat robią sobie obiad i dają mi jedną wielką porcję! CIEPŁEGO OBIADU! Ten smakuje jak dwa miliony dolców! Rysiek chce mi towarzyszyć na kolejnym podejściu, strasznie się cieszę bo mam już serdecznie dość tej samotności. Kilkaset metrów za schronem zaczyna potwornie wiać. Nie możemy zrobić kroku, przestawia mnie jak klocek lego. Wieje prosto w twarz, prawie zrywa mi kaptur mimo że jest mocno zaciśnięty. W pewnym momencie oboje w tym samym momencie kucamy i przytrzymujemy się kamieni.

-Ryyyyysiek!!! Ja nieeee mogęeeee iść daaaalej!
-Jaaaaa też nieeeee! Zaaaaraz spróbuuubujeeeemy!

Znowu się boję, czuje że normalnie zawróciłabym do schronu. Chmury burzowe zaczynają  się kłębić nad górami. Granatowe,  ogromne. Wiatr ciągnie je w naszą stronę.
-Rysiek wracaj do schroniska, nie ma sensu żeby wracał później taki kawal sam, w tych warunkach. Ja zaraz będę zbiegać do doliny.
Rysiu oczywiście się nie zgadza, spodziewałam się że ostatnie co mógłby zrobić to zostawić mnie w tym bajzlu samą. Dobijamy do przełęczy przybijamy piątkę, ja lecę w dół, a Rysiu z powrotem do schroniska. Zbieg jest strasznie stromy, właściwie skaczę z kamienia na kamień, czasem się podpieram, gdzie tylko mogę przyspieszam, cały czas myślę o tym, że Ewa czeka na mnie już tyle godzin! Jak ja jej to wynagrodzę! Jeszcze tylko kilka kilometrów i będę u niej!

Kiedy teren się wypłaszcza biegnie mi się lekko, swobodnie, dobrym tempem mimo, że mijała już 14 godzina od momentu wyjścia nad ranem z hotelu. Moje myśli nagle wędrują gdzieś bardzo daleko. Nie skupiam się już na kilometrach, górach, godzinach ale sobie samej. Na tym co się ze mną działo przez ostatni rok. Zaczynam analizować co się działo kiedy tęsknota i ból wypełniały mnie całą i dlaczego mimo to tyle spraw potoczyło się dobrze? Pierwszy raz ogarnia mnie poczucie satysfakcji. Przecież mimo wszystko udało mi się na tą Korsykę pojechać, znalazłam w sobie dostatecznie dużo siły i motywacji, żeby przez 10 miesięcy ciężko trenować, starać się, pracować. A przecież moje życie się zawaliło, straciło sens. Bieganie? Po co? Skoro wszystko dookoła było bezsensu. Dużo mnie to kosztowało ale zaprowadziło jednocześnie aż tutaj, na  najtrudniejszy szlak górski w Europie. Niektórzy ludzie nie dają z siebie nic, mimo że mają wszystko, a ja mimo że nie mam nic, dałam z siebie aż tyle. To wszystko układa mi się w głowie na tym ostatnim zbiegu do Vizzavony. Musiałam biec ponad 30 godzin żeby nabrać szacunku do samej siebie i tego co udało mi się zrobić mimo złości i bólu. To poczucie daje mi straszną satysfakcję. I radość - taką prawdziwą pierwszy raz od kiedy nie ma Tomka. Chyba po to tu przyjechałam, a nie po żaden rekord.

Rozklejam się na tyle mocno, że na Cascade de angles gubię znowu szlak. Ktoś ustawił kopczyki zupełnie w innym kierunku i zasugerowałam się nimi, a nie znakowaniem na kamieniach. Idę więc tak jak kopczyki, przechodzę rzekę i mam przed sobą skalną ścianę, którą teoretycznie mogę jakoś strawersować. Ale serio? Tędy biegnie szlak? Człowiek jak się na coś uprze to już nie ma zmiłuj, tracę rozum i zamiast na spokojnie się wrócić, lezę po tych skałach i próbuję się wspiąć na górę, zbaczam w jakieś krzaki. Wyciągam gps, pokazuje linie która jest w jeszcze gorszym miejscu, niż to  w którym jestem ale jak ten cymbał brnę dalej, zamiast domyślić się, że jeśli szlak zamienia się w drogę wspinaczkową z chwytami na dwa palce to znaczy, że to nie tędy.  W końcu zawracam.

Niedługo potem spotykam Ewę! Dawno się tak nie ściskałyśmy! Wymieniamy się opowieściami jedna przez drugą!. Obie wyzwalamy radość, że w końcu udało się spotkać! Idziemy do knajpy zamawiamy pizze, kupujemy piwo. Wyciągam mapę, patrzę na zegarek. Analizuję wszystkie fakty i dochodzę do wniosku, że pchanie się dalej byłoby zwyczajną głupotą. Musiałabym wziąć ze sobą jedzenie na kolejnych 26 - 28 godzin, co było fizycznie niemożliwe. Schroniska są nieczynne, w niektórych nawet nie ma wody. Na trasie nie było już miejsc gdzie mogłabym się w coś zaopatrzyć. Biorąc pod uwagę poprzednie trudności, czas i zmęczenie, zahaczyłabym prawdopodobnie o dwie kolejne nocki co psychicznie by mnie wykończyło. Noc w tym terminie trwa tam 12,5 godziny.. Podeszwy w butach skończyły się po 70 kilometrze. Kolce speedcrossow zdarły się doszczętnie. Została płaska guma. Pogoda zepsuła się na tyle mocno, że napieranie dalej bez podeszwy w nocy w takim terenie nawet przy mżawce, nie mówiąc o burzy, która wisiała nad górami, byłoby głupotą.

Poza tym… mam to, po co tu przyjechałam. Mogę jechać do domu. Zamawiamy kolejne piwo, następne stawia nam barman, później barmanka, francuz i kolega francuza. 6 osobowa impreza, śpiewy i żarty kończą się w środku nocy.
Mały sportowy niedosyt pozostał. Ale może to nie był mój czas? Może wszystko powinno się toczyć swoim rytmem?
I jeśli walczysz z czymś, to nie możesz już walczyć z niczym innym?
Pamiętam z to każdy kilometr tej trasy. I mam nadzieję, że ta wiedza się jeszcze kiedyś do czegoś przyda ;)