Lycian Challenge Adventure Race

21-10-2012
Cześć ekipy Poco Loco Adventure w składzie Tomek Kowalski i Agnieszka Korpal wystartowała na rajdzie przygodowym w Turcji zaliczynamy do AR EURO SERIES jako Adidas terrex team Poland.

Zajęli drugie miejsce, po 74 godzinach ścigania. Poniżej relacja Tomka :)
 
„Tomek!”. „Spoko”. „Tomek, tomek!”. „Spoko, spoko”. „Tomek,tomek”, „Spoko,spoko”. „Tomek”. „...”. JEBS! Zjazd na rowerze. Łasuch krzycząc do mnie co chwile próbował podtrzymać mnie na jawie. Niestety brak snu nie da się tak łatwo opanować. W końcu z impetem wjeżdżam w skały ograniczające drogę (z drugiej strony przepaść) co stawia mnie chwilowo na nogi. To już trzecia nocka tureckiego rajdu przygodowego Lycian Challenge. Bardzo przygodowego rajdu.
 
Do Turcji jedziemy przypadkiem w barwach adidas Terrex Team Poland. Przypadkiem, bo Magda i Krzysiek Dołęgowscy z powodu „zmęczenia materiału” odpuszczają, proponując nam start. Decyzja nie była trudna, bo zarówno dla mnie jak i dla Agi start w zagranicznym rajdzie ekspedycyjnym to wieloletnie marzenie. Szybki zakup pianki, brakującego sprzętu, paczka z ubraniami od adidasa, szukanie taniego lotu last minute (dzięki Justyna) i już siedzimy w samolocie czekając na rozwój wydarzeń.
 
Bazą tegorocznego rajdu jest Gocek – mała mieścina leżąca nad brzegiem morza śródziemnego. Po sezonie cicha i spokojna, tylko zaparkowane luksusowe jachty przy brzegu świadczą, że nadal jest to turystyczny kurort. Z Aga dostajemy się tutaj z Antali z trzema przesiadkami autobusowymi. Chłopaki - Kuba , Łasuch oraz naczelny fotograf, Piotrek Dymus dolatują nocą do pobliskiego Dalamanu.
Kolejne 2 dni to zupełny chillout wliczając w to taplanie się w basenie, zakupy pamiątek, zajadanie się prawdziwym tureckim kebabem, a w międzyczasie zdawanie sprzętu, odebranie nadajników SPOT i nie mająca sensu odprawa po turecko-angielsku, która wprowadziła więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Ah, no i dostaliśmy mapy.
 
Mapa na Lycian Chellenge to osobna historia. Ksero, ksera kolorowej mapy topograficznej w skali 1:25000. Wydawało by się, że super bo dokładna, ale jak mamy 5 arkuszy metr na dwa wydrukowanym na zwykłym papierze,który rozpada się przy najmniejszym kontakcie z wodą to już robi się problem. W dodatku punkty nanosi się na podstawie koordynatów UTM, które dostaje się 3h przed startem. Potem okazuje się, że jednak koordynaty różnią się nawet o kilkaset metrów od położenia punktów, więc na nałożenie właściwych miejsc pozostaje 5 min przed startem na podstawie mapy wzorcowej. Zaklejenie mapy, pocięcie jej na odpowiednie kawałki i ochrona przed deszczem czy nawet kroplami potu to ukryta dyscyplina tego rajdu:)
 
W końcu upragniony dzień startu. Okazuje się, że nasze skrupulatnie przygotowane przepaki nie mają sensu, bo owszem są dwa przepaki na całej 350km trasie, ale można mieć tylko dwie torby, które są przenoszone z jednego miejsca na drugie, więc żadnej taktyki tutaj nie ma. Wszystko co się może przypadać „na potem” , całe jedzenie i picie ląduje w przepaku byle to wszystko upchnąć. W praktyce na plecach nosi się większość dobytku wliczając pianki, sprzęt do zadań linowych, buty na zmianę i zestaw ciepłych ubrań. Trochę to waży, ale biegać tzw. „świńskim truchtem” się da;)
 
Start się z lekka opóźnia przez panikę wywołaną mapą wzorcową, która umiejscawia punkty nie tam gdzie koordynaty wskazywały. Ostatecznie 11:20 ruszamy z impetem na etap pierwszy – city puzzle, czyli zabawowe zbieranie literek po całym miasteczku. Tempo średnie, ale czuć napięcie w powietrzu. Łasucha nawet coś siekło w plecach przed dobiegnięciem na jeden z punktów. Zaczyna się ciekawie...
 
Po 20min ruszamy na rower. Przed nami już jedni i drudzy czesi, równo z nami Turcy z tyłu  francuzi zaklejają jeszcze mapę i tną na kawałki A4i. Skwar straszny, a tempo jak to na początku mocne. Od razu ostro w górę. Przy pierwszym punkcie niebo się chmurzy, zaczyna padać. Mapa się rozmywa i rozpada mimo mapnika. Łapiemy gumę. Potem drugą. Czesi mają już 30min przewagi. Odjeżdżają nam francuzi i turcy. Lądujęmy na końcu. Łapiemy trzecią gumę, którą w błocie i deszczu już beznamiętnie zmieniamy. Nastroje trochę siadają. Pierwsze głupie błędy nawigacyjne. Mapa przestaje się zgadzać i brniemy w jakimś bezsensownym kierunku. Spotykamy na szczęście inne zespoły i wspólnymi siłami (oni mieli lepiej oklejone mapy) wychodzimy na dobry wariant. Mijają godziny i kolejne kilometry. Zapada noc i docieramy to punktu w opuszczonej wiosce. Akurat trafiamy na Piotrka, który twierdzi, że przed nami byli tylko Czesi z CZARu. Wydaje nam się to mało możliwe zważywszy na ilość wtop. Potem okazuje się, że nasze wtopy były wyjątkowo niewielkie w porównaniu z innymi zespołami. Zbliżając się do poranka docieramy do końca roweru i po krótkim ogrzaniu się przy ognisku ruszamy na trekking, który ma nas wprowadzić na 2400m n.p.m. , najwyższą górę w okolicy. Jest dosyć chłodno i zestaw długi + krótki rękaw plus gore-tex działa jedynie przy chyżym poruszaniu się.
 
Góry zupełnie dzikie. Trzeba wybierać drogę przez wyschnięte koryta rzek i kaniony lub liczyć na jakąś przypadkową ścieżkę wydeptaną przez pasterzy. Przekroczenie gór „na azymut” to naprawdę przygoda sama w sobie tym bardziej jak do pokonania jest 30km i nie widać właściwie celu. Wyłania się dopiero wraz ze wschodem słońca i wydaje się tak bardzo daleko i wysoko...
Co jakiś czas oglądamy się za siebie, ale mimo rozległego terenu nie widzimy za sobą żadnych zespołów. Ze szczytu schodzimy „na szagę” przez kolczaste zarośla i skały do doliny i pierwszego przepaku na którym czeka zrobiony przez Agę makaron z kurczakiem oraz wymarzona Coca-cola. Lekko rozleniwieni ruszamy na dalszą część trekkingu. Ogromny płaskowyż skalny z pojedyńczymi sosnami i chatkami „na końcu świata” z uśmiechniętymi turczynkami zapraszającymi na „czaj”. Super klimat. Staramy się truchtać w dół i po płaskim. Czeka nas jeszcze przeprawa przez góry z kilkoma niespodziewanymi odcinkami skalnymi. W Polsce byłoby tu kilkanaście szlaków turystycznych i „orla perć” , tutaj nie ma kompletnie nic. Nawet najmniejszej ścieżki. Do doliny schodzimy przez kanion wyschniętej rzeki. Zaczyna padać. Do kolejnych rowerów docieramy już w kompletnej zlewie. Czeka nas 15km zjazdu, który w słońcu byłby radosna zabawą, ale w deszczu i na błotnistym szutrze zamienia się w walkę o życie i zdrętwiałe stopy. Wjeżdżamy w dolinę, która kompletnie nas zaskakuje. Wielkie, wapienne ściany ograniczają wąwóz tworząc jego 300 metrowe pionowe ściany. Takie miejsce umiejscowiłbym raczej gdzieś w Tajlandi. W dodatku jedna tylko droga, która po drugiej stronie doliny wije się kilkunastoma serpentynami do góry niczym norweska Droga Troli. Trzeba tamtędy podjechać... Zaczyna się burza. Pioruny walą nad nami co kilka minut. Robi się stresująca atmosfera spotęgowana histerią Agi, że „zginiemy w jakiejś pieprzonej Turcji”. Zapada drugi zmrok, nadchodzi SLEEPMONSTER... 
 
..Ruchy robią się wolniejsze. Jest zimno, cali przemokliśmy do suchej nitki. Jesteśmy przekonani, że na punkcie czeka nas ognisko i ogrzewanie się do woli. to nas motywuje do szybszego pedałowania. Niestety. Ognia brak, chociaż coś się tli, tak jakby dopiero zostało dogaszone. Byli tu Czesi! Wpadamy w klasyczną telepę. Łasuch wpada na idealny pomysł, żeby przebrać się w pianki, które tutaj na nas czekają. Wspólnymi siłami rozpalamy ognisko i zaczynamy dochodzić do siebie.
 
Zamulamy konkretnie, ale na mokro ciężko nam się ruszyć z miejsca. W końcu jakoś się zbieramy na kolejny trekking z zadaniami specjalnymi w postaci krótkiego canyoningu „na sucho” i zjazdu w czeluść wzdłuż wyschniętego wodospadu. Idzie nam wyjątkowo sprawnie napieramy żwawo mimo środka nocy jednak powoli każdy zaczyna odpływać. Łasuch zaczyna coś gadać na temat wstawiania drzwi lewych albo prawych oraz tajemnej recepturze „siedem talerzy”, Aga wszędzie widzi maski a na ziemi igliwie układa się w postacie z kreskówek. Do tej pory twierdzi, że nie były to zwidy tylko naprawdę tam były kreskówki. Kuba idzie na autopilocie, ja mimo początkowego nabuzowania energią zaczynam odpływać i gdzieś ucieka mi część drogi i tylko mówię Łasuchowi żeby mnie obudził jak dojdziemy do skrzyżowania. Ostatecznie do rzeki dochodzimy wyjątkowo sprawnie. Zgodnie stwierdzamy, że czas na 40minutową drzemkę.
 
Wstajemy razem ze słońcem. Z 12km kajaka , jakieś 5 trzeba go ciągną przez skały, bo poziom wody nie pozwala na spływ. Stopy Kuby zamieniły się w gąbczastą masę i większość ciągnięcia przypadło na mnie co dosyć ostro daje mi w kość. Mimo tego etap jest bardzo urokliwy, a rzeka z kilometra na kilometr zmienia oblicze. Raz nawet wpadamy w wir przed malutkim wodospadem. Do kolejnych rowerów docieramy po dobrych kilku godzinach. Kilka minut suszenia, po stojących rowerach widzimy, że wszystkie zespoły nadal w grze, więc nie ma się co obijać. Jasne jest też, że nie mamy szans na zebranie wszystkich punktów. Zaczyna się strategia i wyliczanie, które punkty zebrać, a które odpuścić. Wybieramy szybki wariant asfaltem. Tym razem pogoda iście piekielna. Duszno, gorąca a drogą standardowo pod górę. Jedziemy już ponad godzinę doliną i coś zaczyna się nie zgadzać. Może dlatego, że jesteśmy nie w tej dolinie co trzeba... kur....a! Wracamy te kilkanaście kilometrów na dół i staramy się zapomnieć to tym fatalnym błędzie. Ciśniemy asfaltem dalej na oślep do kolejnej doliny. Jedziemy i jedziemy. Zaczyna się jakieś miasto, którego nie ma na mapie. Coś tu nie gra. Robimy postój na piwo i kiełbasę z bułką. Lokalsi twierdzą, że jesteśmy w Fethiye, ale to nie ma sensu bo to 10km nie w te stronę co powinniśmy... kur...a! Byliśmy w dobrej dolinie, raptem 200 metrów od punktu, tylko patrzeliśmy za inną. 20 km podjazdu w plecy. Przy tej pogodzie i tempie daje nam to prawie 4 godziny straty.
 
Morale siadają zupełnie. Cała walka na nic. Na szczęście jest Aga, której motywacja nie zna granic i która w kryzysach znajduje siłę. Zbiera nas wszystkich do kupy i nadje tempo na rowerze, chociaż wyraźnie już nam łyda nie zapodaje. Wracamy z powrotem do punktu wyjścia. Jest punkt. Jest i kolejny. Niestety szczęście nas opuszcza razem z drogą, która powinna być a jej nie ma. Przedzieramy się z rowerami na plecach przez stromy kilkuset metrowy grzbiet góry. Tracimy kolejne godziny. Jest jakaś droga, kierunek się z grubsza zgadza, jedziemy. Na kolejnym punkcie łapie nas nocka. Zgodnie stwierdzamy, że próba znalezienia kolejnych punktów może nas zupełnie zgubić więc tniemy asfaltem naokoło do strefy zmian. Trzecia nocka atakuje z potrójną siłą. Po wjechaniu w skały docieramy w końcu do przepaku. Kilkanaście minut za nami francuzi. Odrobili stratę, zresztą nie ma się czemu dziwić. I tak dobrze, że nie jesteśmy na końcu stawki. Kładziemy się spać na dywanach starego meczetu. 30 min zamienia się w 1h 30. Zaspaliśmy i właściwie cudem orientujemy się, że budzik nie zadzwonił!
 
Nie wiadomo czym zmotywowani ruszamy w pogoń za francuzami, których dopadamy po kilkunastu minutach truchtu. Ledwo idą:) Przyspieszamy, żeby ich psychicznie zniszczyć i już do końca zawodów ich nie spotykamy. Z bólem serca omijamy nocny Canyoning i lądujemy na imponującym zadaniu linowym. Lina przewieszona jest 100 metrów nad dnem kanionu, a po drugiej stronie punkt do zgarnięcia. Zero obsługi i zero gwarancji, że lina wisi poprawnie. Testujemy na własnej skórze, a palące mięśnie rąk uświadamiają nam, że przejście na drugą stronę to wcale nie takie łatwe zadanie. Potem już tylko długi zbieg nad brzeg morza z nieplanowaną 8 minutową drzemką nad rzeką. Na chwile dołącza do nas Piotrek i razem docieramy nad brzeg klifu. Wreszcie spotykamy Czechów. Mają wszystkie punkty, także nie mamy szans ich dogonić. To jednak trochę inna liga. Teraz czaka nas zjazd na linie prosto do wody, 1000m pływania z całym ekwipunkiem na wyspę przy której czekają na nas kajaki morskie - ostatni etap. Kuba nauczony doświadczeniem z Finladii zaopatrzył się w dmuchany materac, którym przepłynął morze niczym wakacyjny plażowicz;) Kajaki full profeska ze sterem dają nam sporo radości. Musimy tylko odpędzać sleepmonstera wymyślnymi grami słownymi i piosenkami oraz ciągłym polewaniem się ciepłą morską wodą. Zbieramy dodatkowe 4 punkty w tym jeden z jaskini morskiej pełnym nietoperzy. Decydujemy się na szybszy powrót mijając po drodze zacumowane luksusowe jazdy w prawie każdej z licznych tutaj lagun i urokliwych zatoczek. W końcu na horyzoncie pojawia się plaża w Gocku gdzie zostawiamy kajaki i ledwo truchtając przekraczamy linię mety po 75 godzinach i 9 minutach od startu zajmując zaskakująco II miejsce. Okazuje się, że kolejne zespołu mają 5 punktów mniej niż my, więc nie potrzebnie się spieszyliśmy...;)
 
Prysznic, kebab, odbiór przepaków, bankiet, piwo, jedzenie,dużo jedzenia, private transport do Antalii od razu lot i o 7 rano meldujemy się niczym żywe trupy w Poznaniu.
Teraz tylko jeść i spać, jeść i spać, jeść, spać...
 
Dzięki chłopakom za wspólną walkę i Adze za bezdenne pokłady motywacji. To była jedna z tych przygód na którą długo czekaliśmy i trzeba przyznać, że „odwaliliśmy kawał naprawdę dobrej, nikomu nie potrzebnej roboty” ;)