7 dolin...

09-09-2012

100km. Taka ładna okrągła liczba. Zawsze kojarzyła mi się z wyzwaniem. Przejść 100km to jest coś. Przejść to non-stop to naprawdę trzeba samozaparcia. Przebiec 100km to już dla twardzieli. Ale ścigać się na 100km to nie mieści się w ramach sensu. Chciałbym napisać, że jestem w tej ostatniej kategori, ale to jeszcze nie mój czas...


Kilka lat temu ukończyłem słynny rajd pieszy na orientację na 100km Harpagan. Startuje w nim rok rocznie,a właściwie dwa razy w roku, prawie 1000 osób. Wówczas zakończyłem go w 17h zajmując 7 miejsce i pamiętam, że byłem z tego wyniku bardzo dumny. Lata mijają, ludzie trenują więcej,a miedzy nimi niejaki Maciek Więcek czy Michał Jędroszkowiak, którzy setki na orientację biegali co miesiąc często poniżej 12 h. W końcu ewolucja biegaczy w Polsce doprowadziła do ultramaratonów górskich na 100km. Od razu na czoło wysunął się Ultramaraton 7 dolin gdzie w szranki stają obecnie najlepsi ultrasi w Polsce i nie tylko. Nie jest to przypadek, bo do zgarnięcia za pierwsze miejsce jest 15 tysięcy polskich nowych złotych!
Pierwszy U7D przyciągnął zaledwie  kilkunastu zapaleńców. Rok później pojawia się już kilkuset i bieg wygrywa fenomenalny Jan Wydra, a wspomniany Michał Jędroszkowiak jest czwarty co wielu udowodnia że nie trzeba być maratończykiem czy profesjonalnie trenować, żeby liczyć się w walce o podium.
Rok temu wystartwała również Aga , która podobnie jak inne dziewczyny zupełnie się załatwiła.
W tym roku miało być wyjątkowo. Dużo więcej uczestników, wyższa stawka za wygraną i cała śmietanka ultrasów na starcie. Wszystkich gnębiło jedno pytanie "Czy Wydra wygra?" :)

Przebiegłem już 100km kiedyś w USA więc wiedziałem, że dystans to nie problem. Chodzi jak zawsze o czas. Założyłem, że złamanie 12h jest w moim zasięgu. Fakt, że nie trenowałem za wiele ostatnio (zresztą rzadko kiedy udaje mi się regularnie trenować) i taki czas może się wydawać trochę wyśrubowany. Ostatecznie założyłem standardową taktykę "pożyjemy, zobaczymy", albo raczej "pobiegniemy, zobaczymy"
W tym roku na starcie było sporo znajomych w tym liczna poznańska ekipa. Aga liczyła nawet po cichu, że załapie się na jedno z premiowanych miejsc.

Czas do startu minął szybko i ruszyliśmy z kopyta  jeszcze w nocy zaczynając całą zabawę w centrum Krynicy. Starałem się zacząć nie za szybko, chociaż zawsze mam ochotę gonić czołówkę z którą na moim poziomie na razie nie ma sensu się porównywać. Pierwszy podbieg i już stawka się mocno przerzedza. Mijam Michała Jędroszkowiaka, który o kijkach i ponoć z kontuzją podchodzi do góry. Potem zastanawiałem się po co startować z kontuzją, ale niektórzy chyba potrzebują takiej dawki energii jaką dostaje się tylko na zawodach niezależnie od stanu fizycznego. Zauważam, że ewidentnie na zbiegach mijam większość biegaczy i idzie mi to bardzo sprawnie, natomiast na podbiegach/podejściach jestem zupełnie bezradny. Potwierdza to moje doświadczenie z czerwcowego Biegu Marduły i tej zimy zamierzam mocno popracować nad poprawą siły biegowej. Z każdą godziną człowiek staje się co raz bardziej osamotniony na trasie. Tempo mam dobre i wydaje się, że jestem w stanie na te 12h skończyć. Niestety po 66 kilometrze zdecydowanie tracę moc. Dochodzi mnie i wyprzedza pierwsza kobieta, potem druga. Na podejściach brakuje mi mocy i tylko nadrabiam zbiegami. Jeden z biegaczy mija mnie chyżym truchtem na jednym ze stromszych podbiegów. Jestem zaskoczony. Potem okazuje się, że owszem jest w stanie biec pod spore stromizny nawet na 80km, ale w dół musi praktycznie schodzić, bo skurcze nie pozwalają na nic innego.
Ostatecznie jakoś dochodzę do ostatniej stacji i motywuje się do biegu tak, że na kilka kilometrów przed metą udaje mi się wyprzedzić 4-5 zawodników. Ostatecznie po 12h 32min dobiegam na metę łapiąc się na 5 miejsce w swojej kategorii wiekowej i dodatkowo zgarniając 200zł, moje pierwsze pieniądze w biegowej karierze:) Aga wpada niecałe 2h później jako piąta kobieta w ogóle, zarabiając bagatela 2000zł :)

 
Reprezentacja Poco Loco AT spisała się więc na medal ;)